albo coś było niejadalne, albo nie zostało podane, albo zostało zjedzone, ale spowodowało zatrucie
★☆☆☆☆☆☆
zjedzono, ale bez żadnej przyjemności, z recenzenckiego obowiązku
★★☆☆☆☆☆
dało się zjeść, ale było bardzo słabo, sporo do zarzucenia
★★★☆☆☆☆
poniżej przeciętnej, danie przyrządzone marnie i na odczepnego
★★★★☆☆☆
zupełnie przeciętnie, do zapomnienia w momencie wyjścia z lokalu
★★★★★☆☆
powyżej przeciętnej, lekkie zadowolenie
★★★★★★☆
bardzo dobrze, delikatne drżenie serca i wyczuwalne mrowienie w kostkach
★★★★★★★
jedzone z zamkniętymi oczami, żeby rzeczywistość nie rozpraszała podczas doświadczania transcendentalnych smaków
Oczywiście oprócz wrażeń kulinarnych nakładają się na to całe zastane okoliczności: wystrój lokalu, poziom obsługi, tempo serwowania, uzasadnienie cen, itp. itd. A więc ważne są doznania holistyczne, albo jak nieprzetłumaczalnie mówią Niemcy: gestalt.
Shamadi
Mole z seitana na kremie z pieczonej kukurydzy
Seitan ma historię sięgającą VI wieku. Wtedy to buddyjscy mnisi w Chinach, poszukując sposobu na wzbogacenie swojej wegetariańskiej diety, odkryli, że intensywne wyrabianie i płukanie zwykłego pszennego ciasta pod bieżącą wodą usuwa całą skrobię, pozostawiając tylko elastyczną, białkową masę glutenu. Potem przez stulecia gluten pszenny był podstawą wegetariańskiej kuchni azjatyckich klasztorów buddyjskich, w tym japońskiej shojin ryori (tradycyjnej kuchni zen, całkowicie roślinnej), jednak na Zachodzie pozostawał nieznany. Dopiero w latach 60. XX wieku japoński makrobiotyk George Ohsawa nadał mu nazwę »seitan« i wprowadził go do świadomości zachodnich zwolenników diet roślinnych. Paradoksalnie, choć Azjaci wykorzystują go nieprzerwanie od ponad tysiąca lat, dopiero współczesny boom na diety roślinne/wegańskie sprawił, że ten starożytny wynalazek trafił na zachodnie supermarketowe półki i do restauracji, gdzie często prezentowany jest jako nowinka, mimo że jego przepis jest starszy niż wynalazek widelca w europejskiej kulturze stołu.